Małgorzata i Piotr Halupczokowie: Nasza historia to codzienna praca od rana do zmierzchu – pamiętam, że w pierwszym punkcie sprzedawaliśmy kwiaty od ósmej do dziewiętnastej, sześć/siedem dni w tygodniu.
Klienci zaczęli żartobliwie mówić, że w Ozimku pracują „takie pracusie”, bo nie szczędziliśmy wysiłku, by każdy zakątek wyglądał pięknie i zapraszał do środka. A gdy coś pasuje, warto to zachować – tak nazwa Pracuś przyjęła się na stałe.
M.P.H.: Tworzymy atmosferę, w której każdy czuje, że jego wysiłek ma znaczenie. Pani Jola jest z nami od 28 lat, a pan Artur, nasz ekspert od roślin egzotycznych, od 15 lat podróżuje ze mną po Europie, by wybierać najlepsze sadzonki. Czujemy się jak rodzina – wspólne obiady, krótkie przerwy przy kawie, wzajemne wsparcie.
Dzięki temu nasi pracownicy nie tylko zostają, ale i chętnie wracają, nawet po przejściu na emeryturę. Jak wygląda kwestia zatrudniania nowych pracowników?
M.P.H.: Rzeczywiście, czuć zmianę pokoleniową. Młodsze osoby mają inne oczekiwania, ale rekompensują to ich świeże spojrzenie i energia. Starsza ekipa chętnie dzieli się doświadczeniem, zabiera nowych pod swoje skrzydła.
Dzięki temu florystki, które dopiero zaczynają, szybko odnajdują się w zespole pań z ponad sześćdziesięcioletnim stażem pracy – i to się niesamowicie sprawdza.
Kosiarki Honda: silne, bo spalinowe, ale przyjazne dla środowiska
P.H.: Ani ja, ani Małgorzata nie mamy formalnego wykształcenia ogrodniczego, ale Ona pochodzi z rodzinnego gospodarstwa ogrodniczego, a ja szybko zakochałem się najpierw w Niej, a później w tej branży.
Zaczynałem od handlu kwiatami na kółkach. Kiedy klienci zaczęli pytać o ziemię, donice czy nawóz, pomyśleliśmy, że stworzymy coś większego.
Wynajęliśmy grunt, a potem go kupiliśmy – i powstało Centrum Ogrodnicze Pracuś. Z drewnianego kiosku, tunelu foliowego i szklarni z Belgii wyrósł dziś prawie 1,5-hektarowy kompleks. Aż trzy dekady zajęło nam zbudowanie tego, co dziś można zobaczyć – od pustego terenu do 1,5-hektarowego centrum, z czego 7000 m2 znajduje się pod dachem.
To był długi i wymagający proces, ale z dzisiejszej perspektywy w pełni wart wysiłku. Choć działamy w niewielkiej miejscowości oddalonej o 20 kilometrów od Opola, przyciągamy klientów w promieniu nawet 100 kilometrów, w tym ze Śląska. Ciężko pracujemy każdego dnia, ale dzięki temu, że robimy to z sercem, zmęczenie przestaje mieć znaczenie.
M.P.H.: Mamy niemal wszystko, co może podbić serce miłośnika zieleni. Od materiału szkółkarskiego – drzewa alejowe, cisy, buki, ambrowce – po działy zoologiczny, terrarystyczny czy wędkarski. Prowadzimy kwiaciarnię, serwis maszyn ogrodniczych, a wśród dekoracji nie brakuje fontann zewnętrznych i innych urządzeń wodnych.
Kiedyś sprzedawaliśmy tysiące tui szmaragdowych, dziś coraz więcej klientów wybiera duże egzemplarze – czasem warte nawet 30 tysięcy złotych, z transportem i sadzeniem w pakiecie. Na początku działalności były to okazy po 500 zł/sztuka, potem za tysiąc. Teraz sprzedajemy egzemplarze za 30 tys. zł.
To są starannie dobrane przez nas okazy ze szkółek w Niemczech albo w Holandii. Do tego dochodzi usługa transportu i sadzenia. Zwracamy uwagę na jakość i unikalność naszych produktów.
To klienci wymusili na nas taki szeroki asortyment. Kupujący docierali do nas z polecenia, więc cały czas rozwijaliśmy paletę towarową, żeby coraz to więcej mieć do zaoferowania. Co więcej praktycznie raz w tygodniu zmieniamy wystrój i kompozycje roślin i dekoracji na sklepie po to, żeby inspirować naszych klientów i pokazać, co z czym łączyć. Tym różnimy się od innych.
Oprócz zwyczajnych, poukładanych półek z towarem mamy także sporą część ogrodowych inspiracji, które niejednego zachwycają.
M.P.H.: Pierwsze tiry przyjeżdżają do nas 28 lutego. Na początku marca już jesteśmy po pierwszych zatowarowaniach. Krajowe rośliny o tej porze roku jeszcze śpią, nie są tak kolorystycznie wybarwione jak holenderskie.
Trendy się zmieniają. Staramy się wybierać to, co najlepsze i najciekawsze dla naszych klientów.
M.P.H.: Aktywnie na Facebooku i Instagramie – mamy dział marketingu, w którym pracują kreatywne osoby i na bieżąco dokumentują nasze rośliny i wydarzenia.
Staramy się dzielić na naszych social mediach „pracusiową codziennością” i eventami. Nie mamy sklepu internetowego, ale jest w planach.
M.P.H.: Dzieci przesiąknięte są tą pracą. Widzą, że żyjemy 24 godziny na dobę. Nawet zauważają takie rzeczy, że jutro będzie przymrozek, więc podpowiadają, że trzeba będzie przygotować się do niego.
Najstarsza 24-letnia córka pomagała nam do dwudziestego roku życia, ale zmieniła priorytety. Teraz najbardziej zaangażowany jest dwudziestoletni syn, który kształci się w zakresie architektury krajobrazu i uczy się w firmie. Mamy jeszcze dwójkę szesnastolatków.
Krzysztof Kowalski, Zielonym do Góry: o pasji do ogrodnictwa i biologicznej ochronie roślin
P.H.: Musimy to wszystko pogodzić. Staramy się spędzać czas razem pomimo obowiązków. Mieszkamy w pobliżu, gdzie zbudowaliśmy stadninę koni. Jeździmy konno rodzinnie. To nasze wspólne hobby, które pozwala nam się zrelaksować i spędzić czas razem.
Sport towarzyszy nam wszystkim, zwłaszcza rowery i podróże. Ja to w ogóle wszystko, co jest związane ze sportem i z ruchem, mam pod serduchem. Jak miałem 9 lat, zapisałem się do kolarstwa.
Przez 15 lat ścigałem się zawodowo. Więc ten sport towarzyszy mi od dzieciństwa. Ale najlepszym sportem jest rodzina i nasza ogrodnicza praca.
Rozmawiał dr Piotr Łuczak, red. Lider Biznesu Ogród
Pracuś Centrum Ogrodnicze
ul. Brzozowa 4a 46-040 Schodnia k. Ozimka, woj. opolskie
www.pracus.com.pl