Krzysztof Kowalski: To historia, którą lubię opowiadać. Po studiach miałem plany wyjazdu do pracy w Niemczech, ale, delikatnie mówiąc, ktoś chciał mnie naciągnąć i nic z tego nie wyszło.
Los tak chciał, że moja mama pracowała w Stacji Hodowli Roślin Ogrodniczych w Kamieniu, gdzie prowadzono szkółkę sadowniczą. Rodzice też mieli niewielką szkółkę sadowniczą i szkółkę róż. Zdecydowałem więc, że spróbuję swoich sił ogrodniczych – w Turku.
Kupiłem hektar ziemi i zacząłem od produkcji szkółkarskiej na 200 metrach. Początki były trudne, bo produkcja wymaga czasu i kapitału, którego mi brakowało. Stopniowo inwestowałem i trochę handlowałem, głównie roślinami. Z czasem klienci zaczęli dopytywać o torf i nawozy, więc poszerzyłem ofertę.
Tak krok po kroku rozwinąłem działalność gospodarczą.
W tamtym czasie założyłem też firmę zakładającą tereny zieleni. To pociągnęło do przodu. Teraz w zasadzie terenów zieleni nie zakładamy, ale dbamy o dotychczasowych klientów.
K.K.: Podstawową lokalizacją jest Turek, ul. Krótka 4. To siedziba firmy. Tu zaczynałem od zera w latach 1992-1993. Jest tam około 1200 m2 pod dachem, teraz to nasza baza e-sklepu.
Na około 200 m2 znajduje się sześć stanowisk pakujących i stamtąd kurierzy zabierają paczki do naszych klientów. Później dokupiliśmy Gozdów. Tutaj zaczęliśmy budowę centrum ogrodniczego. Na końcu dokupiliśmy Żuki i tam przenieśliśmy produkcję z Turku i zaczęliśmy też sprzedaż.
Żuki to jest nasze ogrodnicze centrum produkcyjne. Tam trafia materiał wyjściowy do podrośnięcia. Tu wysiewamy warzywa. Specjalizujemy się w szczepieniu pomidorów, ogórków, papryki. To jest w tej chwili rząd 30-40 tys. sztuk rocznie.
W Żukach mamy ok. 7 tys. m2 powierzchni produkcyjnej na 7 ha ziemi.
Całą powierzchnię pod osłonami w Żukach docelowo chcemy wylać betonem. Będzie tam ogrzewanie podłogowe, podlewanie podsiąkowe. Tam chcemy mieć zgromadzone byliny do zimowania i sprowadzone z Holandii do wczesnej sprzedaży wiosennej.
K.K.: Mamy układ hybrydowy, z którego jesteśmy bardzo zadowoleni. Bazowaliśmy najpierw na ogrzewaniu kotłami na ekogroszek, później domontowaliśmy do tego dwie pompy ciepła po 16 kW w kaskadzie. To obniżyło nam zużycie paliw stałych praktycznie o połowę.
Niedługo będziemy dokładali drugą kaskadę pomp ciepła, w sumie około też 40 kW. Liczymy, że z pierwotnego zużycia paliw zostanie nam około 15-20%. A kiedyś kupowaliśmy 70 ton węgla groszku… Prąd do pomp oczywiście kosztuje.
Mamy panele PV na ponad 150 kW na starych zasadach. Także korzystamy z magazynów energii. Chcemy jeszcze postawić wiatraki z osią pionową na 10-20 kW, one najlepiej produkują prąd zimą.
Jest tylko problem, że otacza nas obszar Natura 2000 i jest trochę problem z takimi wynalazkami.
Dodam oczywiście, że gromadzimy wodę opadową z dachów, powierzchni gospodarstwa i stołów zalewowych. Trafia ona do stawu, skąd po wstępnym filtrowaniu jest wykorzystywana do podlewania.
K.K.: Firma wyrosła ze szkółki. Kiedyś produkowaliśmy w zasadzie wszystko. Później zaczęliśmy robić krzewy liściaste, później do tego doszły byliny. Zwiększamy produkcję szczepionych warzyw.
Handlujemy roślinami. To jest nasz podstawowy asortyment. Zaraz po nich są preparaty do ochrony integrowanej i biologicznej ochrony roślin.
K.K.: W całej firmie pracuje około 30 kilku osób. Wraz z właścicielami. Około 20 osób w zasadzie pracuje na cały etat. Mamy dosyć dużo silversów, czyli osób w wieku 50+. Jest wśród nich kilka takich, które nie chcą pracować na cały etat.
Wolą robotę w dogodnych dla siebie terminach od tak. Trochę więcej wiosną, bo jest już fajnie na dworze. Trochę mniej chętnie w skwar czy mróz.
Od 1 marca 2025 mamy wprowadzone roczne rozliczanie czasu pracy. Ten system wynagradzania ma być nie gorszy niż ten, który był w roku poprzednim, czyli miesięczne rozliczanie czasu pracy. Zobaczymy na koniec lutego 2026, jak wychodzimy w tym względzie.
K.K.: Jestem ogrodnikiem z zamiłowania. Zainteresowałem się ochroną biologiczną, gdy trzeba było rozgryźć temat nicieni. Później się okazało, że jest dużo więcej ciekawych tematów. To mnie przekonało do metod biologicznych.
Oczywiście, nie odżegnuję się od klasycznej chemii i nie zawaham się jej użyć w ogrodach u klientów, kiedy trzeba – ale muszę zawsze po niej posprzątać.
Mamy ponad 300 ogrodów, które zakładaliśmy i pielęgnowaliśmy. Klienci na nas wymogli, by dalej się nimi opiekować. Ale przeszliśmy praktycznie na ochronę biologiczną, a nawożenie mineralne zamieniliśmy na organiczne komposty i oborniki.
W naszym sklepie, gdy wdrożyliśmy ochronę biologiczną, sprzedaż klasycznych środków chemicznych zaczęła spadać, a rosnąć zbyt preparatów naturalnych.
Klienci też się uczą, a my ich w tym wspomagamy.
K.K.: Prowadzimy laboratorium, w którym diagnozujemy choroby i szkodniki. Ale tak trochę na wyższym poziomie, bo z jednej strony współpracujemy z Instytutem Ochrony Roślin w Poznaniu. Z drugiej strony mamy własne wyposażenie i wiedzę.
W praktyce trzeba używać wszystkich metod ochrony biologicznej. Nie chodzi tylko o oprysk. To podnoszenie odporności roślin na szkodnika czy na chorobę. Możliwie są też możliwości pogarszania warunków dla wystąpienia danego szkodnika.
Zwalczanie jest na samym końcu. Ważne jest dobre nawożenie, dobre nawadnianie.
Nawozimy krzemem. To powoduje to, że mamy liść twardszy, mocniejszą blaszkę, mocniejszą kutykulę. Liść jest bardziej odporny.
Można też nanosić krzem w oprysku. Ziemia okrzemkowa podana na roślinę utrudnia żerowanie szkodnikom i w ten sposób w zasadzie można wyprzeć mszyce, przędziorki.
A dbając o bioróżnorodność wprowadzamy kruszynki, które na przykład zjadają jaja ćmy bukszpanowej.
K.K.: Pozornie. Hodowałem ćmę, by poznać jej biologię. Wiedziałem, kiedy składa jaja, kiedy lata motyl, kiedy wylęgają się gąsienice. Dzięki pułapkom feromonowym wiemy, kiedy ta ćma nalatuje.
I wtedy po prostu nadchodzi termin zabiegów w zależności od temperatur: 7-14 dni po złapaniu motyli. Wystarczy po prostu przez ten tydzień chodzić codziennie i oglądać krzewy.
Jeśli damy dobry zabieg biologiczny z dobrą osłoną, żeby ultrafiolet tego nie zabił, żeby deszcz go nie zmył, to mamy dłuższą ochronę niż przy zastosowaniu preparatu systemicznego.
K.K.: Najczęściej to 4 do 5 wizyt w roku. Z chorobami bywa różnie, nie zawsze się wygra. Działamy metodami integrowanymi: dobieramy gatunki odporniejsze, odpowiednio podlewamy, odpowiednio nawozimy, dbamy o mikoryzę. Z drugiej strony mamy gatunki bardziej odporne, wtedy te polecamy.
Na trawniki nadają się np. różne gatunki kostrzewy trzcinowej, która jest dużo odporniejsza i dużo głębiej się korzeni niż klasyczne gatunki traw. Chociaż klasyczny trawnik, który jest prawidłowo prowadzony i podlewany, nie stwarza problemów.
Oczywiście, sztucznie nawadniany, bo na deszcz nie ma co liczyć.
Ważna jest zawartość próchnicy w glebie. Próchniczna ziemia jest w stanie zmagazynować od 50 do 200 m3 wody na hektarze. Założony trawnik trudno przebudowywać, już nie mamy wpływu w sumie na próchnicę glebową.
Kosiarka z koszem wynosi całe źdźbło i ziemia się stopniowo wyjaławia. Nie pomogą nawozy mineralne. Ale jeśli puści się kosiarkę automatyczną, która tnie źdźbło na żyletkę, biomasa zostaje i rozkłada się.
Zaczyna budować się próchnica. Przy drobnym cięciu mitem jest zafilcowanie runi trawnika. Jak radzicie sobie z kretami w trawnikach?
K.K.: Wraz z żoną mamy dwie wspaniałe córki: Aleksandrę i Adrianę. Obydwie złapały bakcyla ogrodniczego.
Pierwsza córka ma wykształcenie ekonomiczne, prowadzi nasz sklep internetowy i cały eCommerce.
Druga ukończyła studia ogrodnicze. Zarządza naszym centrum ogrodniczym.
Niedługo będziemy firmę reorganizowali, przygotowujemy się z żoną do sukcesji. Nasze córki już się wdrożyły, trzeba to tylko sformalizować. Mając takie zdolne i pracowite dzieciaki, jesteśmy spokojni o przyszłość.
Rozmawiał dr Piotr Łuczak
P.P.H.U. Zielonym do Góry
ul. Krótka 4, 62-700 Turek
Właściciele: Dorota, Krzysztof Kowalscy