Podobnie jak w ogrodzie, tak i w biznesie – to, co zasiejemy, może w przyszłości przynieść plon.
W tym artykule chcemy podzielić się trzema „nasionami”: myślami, które wynikają z doświadczeń we współpracy z kilkudziesięcioma przedsiębiorstwami z naszego sektora.
Najczęstszy grzech w firmach ogrodniczych? Działanie „bo trzeba”. Post na Facebooku, promocja „bo coś zalega”, newsletter „bo czwartek”.
Problem w tym, że nikt nie sprawdza, czy to faktycznie działa.
Prostym rozwiązaniem jest metoda PDCA – Plan, Do, Check, Act. To sposób myślenia, w którym każde działanie planujemy, realizujemy, weryfikujemy i – w zależności od efektów – kontynuujemy lub zmieniamy.
Przykład z centrum ogrodniczego: zamiast wrzucać przypadkowe posty, sklep opublikował serię wpisów z kodem rabatowym („HORTENSJA -10%”).
Po tygodniu sprawdzono, ilu klientów przyszło z hasłem i jak wyglądał ich koszyk zakupowy.
Wynik dał jasną odpowiedź na pytanie, czy na Facebooku są nasi klienci, czy tylko przypadkowi obserwatorzy i czy może to być nasze źródło komunikacji z realnymi klientami.
Takie same testy można zastosować w e-commerce (np. darmowa dostawa w najgorszy dzień sprzedaży) czy w usługach (np. uproszczony formularz kontaktowy).
Kluczowe jest nie to, by od razu wszystko poprawić, ale żeby dowiedzieć się, co działa, a co nie.
W branży często spotykamy dwie skrajności – bezrefleksyjne kopiowanie konkurencji lub całkowite ignorowanie jej działań.
Tymczasem najrozsądniejsze jest podejście środka i traktowanie konkurencji jako źródła inspiracji i pomysłów.
Na co na przykład warto zwrócić uwagę u konkurencji:
Jak zawsze mamy przykład. Zmiana karty produktu (która wcześniej mocno inspirowała się kartą konkurencji) zwiększyła współczynnik konwersji w sklepie o ponad 40%.
To z kolei przełożyło się na ponad milion złotych przychodu więcej tylko w jednym miesiącu aktualnego sezonu.
Nie chodzi o śledzenie każdego ruchu rywala, ale o to, by raz na jakiś czas „zajrzeć przez płot” i zobaczyć, co tam rośnie szybciej i dlaczego.
Nawet najlepsza strategia nie zadziała bez ludzi. W wielu firmach za cały marketing odpowiada jedna osoba. W efekcie newslettery wychodzą raz na dwa miesiące, opisy produktów są nieaktualne, a promocje robi się tylko wtedy, gdy coś zalega na magazynie.
Tymczasem zatrudnienie dodatkowej osoby – choćby na pół etatu – potrafi diametralnie zmienić wyniki.
Przykład? Jedna z firm, z którą pracujemy, przy bazie 2000 kontaktów wdrożyła automatyzacje mailowe.
Efekt? 9 tys. zł dodatkowego przychodu miesięcznie. W innej newslettery do większej bazy wygenerowały sprzedaż na 127 tys. zł w maju przy 8 godzinach pracy.
Nawet małe zmiany – np. nowe opisy 10 produktów – mogą dać 40% wzrost konwersji i dodatkowy 1000 zł miesięcznego przychodu (dane pochodzą z naszych wdrożeń na jednym ze sklepów, z którym pracujemy).
A to dopiero początek.
Na koniec chciałybyśmy podzielić się małym bonusem.
Wskazówkami, które mogą uchronić właścicieli firm przed stratą nawet kilku tysięcy złotych miesięcznie.
Jak mieć kontrolę nad współpracą z agencją marketingową?
Wielu przedsiębiorców korzysta z usług agencji marketingowych czy freelancerów, którzy zajmują się reklamami w Google Ads, Meta Ads (Facebook, Instagram) czy SEO.
Problem w tym, że nie zawsze wiadomo, za co dokładnie płacimy.
Z naszych doświadczeń wynika, że około 70% współprac kończy się rozczarowaniem. Dopiero pozostałe 30% to historie udane, w których specjaliści realnie pracują nad rozwojem biznesu klienta.
Nie chodzi nam absolutnie o to, żeby krytykować agencje, ale by uczulić firmy, aby same potrafiły trzymać rękę na pulsie.
Kilka prostych kroków pozwala sprawdzić, czy inwestycja w marketing rzeczywiście się zwraca: